Mój klient dostał dofinansowanie z tarczy 2.0 dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Tyle, że kiedy rząd wprowadzał dofinansowanie PFR 2.0, przewidywał, że lockdown będzie trwał do końca marca. I pod tym kątem te przepisy zaprojektował. Ale lockdown się przedłużył, firmy mogły się otwierać dopiero pod koniec maja .
Polski Fundusz Rozwoju nie zakomunikował wyraźnie i było to bardzo trudne do wyczytania z regulaminów, że pomimo, iż wydatkuje się środki zgodnie z przepisami w okresie kiedy jest się zamkniętym, to części tych pieniędzy rozliczyć nie będzie można, bo chociaż lockdown trwał do maja, okres rozliczeniowy był tylko do końca marca.
Ratująca się pieniędzmi z tarczy 2.0 firma ma zwrócić do końca czerwca prawie 1,5 mln zł.
To 80 proc. całej dotacji. Całoroczny zysk w dobrze prosperującym roku z czasów przed pandemią czy kryzysem. Przedsiębiorca nie zrobił nic złego, bo od początku pilnował, żeby wszystko było zgodnie z zasadami, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że źle rozlicza, że źle wydatkuje. Więc tym bardziej jest rozgoryczony. Dzisiaj przy inflacji i powszechnej drożyźnie firma jest w stanie tylko gonić koszty, wychodzić na zero, tu nie ma przestrzeni na to, żeby zapracować i móc to spłacić. Dotacja pozwoliła przetrwać sieci restauracji pandemię, ale teraz zwrot tych środków to widmo katastrofy.
Pisaliśmy do PFR-u, że przedłużenie lockdownu to nie nasza wina. PFR albo nie odbiera korespondencji, albo odpowiada jak komornik: "Wszystko zgodnie z regulaminem, trzeba zapłacić". W ogóle nie zainteresowali się merytorycznie tematem. Jeszcze w styczniu sam prezes funduszu zapowiadał, że ci którzy się nie rozliczą w ogóle, i tak mogą zapukać do PFR i fundusz im rozłoży to na raty. A dzisiaj jest sytuacja taka, że my pukamy, a oni mówią: "Regulamin". My mówimy: "Ale sytuacja nadzwyczajna". Oni: "Regulamin". My mówimy: "Ale to nie nasza wina". A oni: "Regulamin". Jak w zabawie w pomidora.
Michał Wojtas – wspólnik, doradca podatkowy, doradca sukcesyjny